Polacy o Leninie (różni autorzy)

Lenin w Polsce - wspomnienia Polaków

W krakowskim mieszkaniu Lenina i na jego odczycie w „Spójni”
Opowieść Eugeniusza Eibischa – artysty malarza i pedagoga. Urodzony w Lublinie syn urzędnika ukończył wyższe studia społeczno Polityczne i Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Potem udał się na studia uzupełniające do Paryża. Następnie został rektorem i profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Wystawa jego prac w Muzeum Narodowym w Warszawie w 1967 roku obejmowała 100 obrazów. Eibisch jest autorem dwóch znanych obrazów: „Lenin i spójniacy” oraz „Lenin i Spójnia”. Za całokształt swojej działalności artystycznej został wyróżniony w 1954 roku Nagrodą Państwową I stopnia.

***



Nie było to moje pierwsze ani jedyne spotkanie z Leninem. W owym marcowym dniu 1914 roku byłem na odczycie – bowiem będąc „spójniakiem” należałem do tych, którzy go organizowali. Droga, która mnie zawiodła ku temu, zaczęła się już w Lublinie, w czasie walk o szkołę polską. W takiej właśnie atmosferze wyrosłem. Kiedy byłem już w polskim gimnazjum, należałem do tej grupy młodzieży, która organizowała się potajemnie w imię wyzwolenia kraju z ucisku społecznego i narodowego. Nasza grupa była pod szczególnie wielkim wpływem wspaniałego człowieka, profesora naszego, bolszewika, jednego z głównych wodzów Rewolucji Październikowej, później głównodowodzącego Armią Czerwoną – Nikołaja Krylenki, oraz jego przyjaciela, też naszego profesora, w owych czasach mienszewika, późniejszego komisarza na Ukrainie – Mikołaja Czerlunczakiewicza. Od nich dowiedziałem się o Leninie i jego działalności. Nie przypuszczałem wtedy, że będę go kiedyś widział, ba, że będę z nim rozmawiał. Obaj zresztą, mimo różnicy wieku, poza szkołą byli moimi bliskimi przyjaciółmi. To Krylenko, wiedząc, że kilku z nas wybiera się na studia do Krakowa, skierował nas do Lenina. Mówił nam o nim zawsze z najwyższym entuzjazmem. Zaś mienszewik Czerlunczakiewicz żegnając nas ostrzegał: „Ostrożnie z Leninem – ostrożnie z Leninem i z «prymusem» (była to maszynka do gotowania, którą z sobą zabieraliśmy), bowiem i jedno, i drugie może kiedyś nieoczekiwanie wybuchnąć”. Później, po Październiku, jednak stwierdzał: „Lenin to święty człowiek”.
W Krakowie zamieszkałem wraz z Henrykiem Biernackim i Witoldem Tomorowiczem, później wybitnym działaczem KPP, przy ulicy Rakowickiej, leżącej nieopodal ulicy Lubomirskiego, gdzie mieszkał Lenin. Poszliśmy więc zaraz do Lenina. W tym czasie studiowaliśmy „Kapitał”. Lenin wyjaśniał nam różne problemy z tym związane. Pokój, w którym nas zazwyczaj przyjmował, urządzony był nad wyraz skromnie: zwykły, z białego drzewa stół-ławka pod oknem i chyba nic poza tym. Wszędzie pełno książek i gazet – całe ich stosy zajmowały wszystkie kąty pokoju.
Lenin traktował nas tak poważnie, jakbyśmy byli starymi, wypróbowanymi działaczami ruchu robotniczego. Nie szczędził nam czasu, wyjaśniał jasno, przystępnie wiele problemów, z którymi nie dawaliśmy sobie rady. Poza naukami społecznymi studiowałem jednocześnie w Akademii Sztuk Pięknych i interesowały mnie sprawy sztuki, a zwłaszcza jej charakteru i miejsca w przyszłym państwie porewolucyjnym w ustroju komunistycznym. Gdy zanudzałem Lenina pytaniami, jaki będzie stosunek państwa do sztuki i do artystów, Lenin kiedyś odpowiedział mi: „Towarzyszu, to są sprawy, których nie da się rozstrzygnąć przy zielonym płótnie ani przewidzieć z góry – samo życie znajdzie ich właściwe rozwiązanie”.
Przyjaźń z rewolucjonistami, ideę wspólnej walki, wspólnej sprawy zaszczepiono nam już w Lublinie. W czasie tamtych krakowskich dni rozwinęła się ona z całą siłą. Serdeczny i życzliwy stosunek Lenina do nas, Polaków, jakże bardzo zbliżył nas do rewolucyjnej Rosji.
Przychodziliśmy często do Lenina, a i on, kiedy szedł do miasta, wstępował po drodze do nas, by dać nam nowy numer „Za prawdu”. Po pewnym czasie przynosił także listy, które przewoziliśmy przez granicę austriacko-rosyjską. Oczywiście jak wspominałem byłem także na tym odczycie w 1914 roku. Mała sala „Spójni” nie mogła wprost pomieścić słuchaczy. Przyszli studenci i robotnicy, przyszli i tacy, którym dalekie były idee Lenina. Ale gdy ten niezwykły człowiek zaczął mówić, wszyscy na sali słuchali go z jednakowym niesłabnącym napięciem. Lenin bowiem mówił tak jasno i prosto, a przy tym tak głęboko, że mógł go słuchać jednocześnie robotnik i student, chłop i filozof. Dyskutował spokojnie, posługując się jako argumentem nieubłaganą, konsekwentną logiką, nie używał żadnych efektów oratorskich, toteż gdy w odpowiedzi swemu przeciwnikowi powiedział: „,Towarzyszu Kamieński, jak wyście mnie «nastraszyli»” sala wybuchnęła huraganowym śmiechem. Już wtedy słowo „strach” w ustach Lenina wywoływało takie reakcje. Po odczycie wszyscy ze śpiewem udaliśmy się na Błonia. Trudno mi w słowach wyrazić w pełni, jakie wrażenie wywarł Lenin na mnie i na mych przyjaciołach. Trudno obecnie oddać nastrój, atmosferę tamtych pamiętnych dni... Starałem się przed laty utrwalić to w obrazach.


MOROWY CHŁOP


Opowieść Bolesława Drobnera – działacza robotniczego, z zawodu chemika. Krakowski syn kupca, który brał udział w powstaniu styczniowym 1863 roku. Studiował we Freiburgu. Powiązany z lewicową opozycją PPS, zawieszony w prawach członka PPS za wystąpienia przeciwko wojnie ze Związkiem Radzieckim. W okresie drugiej wojny działacz Związku Patriotów Polskich w ZSRR. Pierwszy prezydent powojennego Wrocławia, I sekretarz komitetu wojewódzkiego PZPR w Krakowie, poseł do Rady Narodowej i Sejmu PRL.

***



Dawno, ponad 60 lat temu, w roku 1903, przyjechałem do Szwajcarii i poznałem Lenina. Przedtem już byłem w Szwajcarii i spotykałem się z takimi działaczami socjaldemokracji rosyjskiej, jak [Jerzy] Plechanow, który interesował mnie szczególnie. Jako austriackiego poddanego interesowała mnie specjalnie sprawa polska. Kiedy Plechanow mówił o tej sprawie, zdawało mi się, że mówił o rzeczy nieznanej sobie. Tymczasem problem ciągle narastał. W 1901 roku Władysław Studnicki poruszył sprawę wyodrębnienia Galicji. Przypuszczano, że w oparciu o Galicję mogłaby powstać Polska. Ale Galicja to był kraj zacofany i projekt ten nie był udany.
W 1903 roku, kiedy Plechanow mówił także o sprawie polskiej, m.in. postawiono mu pytanie, jaki jest jego stosunek do narodowości polskiej „To w tej chwili nie jest ważne”. No dobrze, a może Lenin coś powie o tym? Odpowiedź była krótka „Jerunda!” – to znaczy: bzdura. Naturalnie, Lenin już wypowiadał swoje zdanie w sprawie polskiej, i to wypowiadał wyraźnie, ale dla Plechanowa to było obojętne. Wtedy był już rozłam w Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej na mienszewików i bolszewików; właśnie mienszewikiem stał się Plechanow i nic dziwnego, że dla niego sprawa polska była nieważna. Natomiast dla Lenina była ona ważna. Zwalczał on w tej sprawie stanowisko Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy. Był gorącym obrońcą zasady samostanowienia narodów aż do oderwania się. Warto przytoczyć na tym miejscu zdanie Lenina [z 1905 roku], że „[…] Program tymczasowego rządu rewolucyjnego powinien dać natychmiast rzeczywistą i całkowitą wolność narodowościom uciskanym przez bestię carską”. Proletariat nie dopuści – pisał dalej Lenin „by bohaterska Polska została jeszcze raz zdławiona. Sam ruszy do boju, już nie tylko w pokojowym strajku, ale z orężem w ręku rzuci się do walki o wolność zarówno Rosji, jak i Polski”.
W tym czasie została w „Iskrze” z 15 lipca [1903 roku] określona kwestia narodowa w programie Socjaldemokratycznej Partii Rosji „Wysunęliśmy żądanie – to słowa Lenina – republiki z demokratyczną konstytucją, gwarantującą między innymi prawo do samookreślenia. To była nowość dla Plechanowa, on tego nie rozumiał, dla nas zaś już wtedy prawo narodu do samookreślenia było zupełnie zrozumiałe”.
Muszę powiedzieć, że nie byłem z góry uprzedzony do SDKPIL, nie miałem zresztą z nią styczności. To była partia działająca w Kongresówce, a więc w zaborze rosyjskim. Dla mnie jako poddanego austriackiego to był problem nieznany, ale po zanalizowaniu sytuacji w Kongresówce ustosunkowałem się raczej przeciw programowi tej partii. Przyczynił się do tego stanowiska socjaldemokrata Tuwim [Mieczysław Dobranicki], który w 1904 roku działał wśród emigracji polskiej w Zurychu. Niezrozumienie jego dla sprawy polskiej odstręczało mnie. Gwoździem zabijającym wszelką dyskusję były argumenty tow. [Leona] Jogichesa, z którym zetknąłem się w dyskusji po moim referacie w Genewie na początku 1904 roku. Ponieważ mówiłem też m.in. o narodowym wyzwoleniu Polaków, nazwał mnie szowinistą i nacjonalistą. W dyskusji cytując „Przegląd Socjaldemokratyczny” nr 1 z 1903 roku, wypowiadał on pogląd, że, „dążenie do niepodległości Polski nie ma dziś żadnego podścieliska ekonomicznego i dlatego z góry skazane jest na niepowodzenie, a burżuazja polska nie dopuści do oddzielenia się, gdyż jej interesy ekonomiczne wymagać będą rozległych rynków zbytu w Rosji”.
Wszyscy tzw. pozytywiści warszawscy mówili o tym związaniu się burżuazji polskiej z rynkami zewnętrznymi Dalekiego Wschodu.
Muszę powiedzieć, że interes Polski był wyraźny i bardzo charakterystyczny dla rewolucji w całym rosyjskim imperium, a w Kongresówce była najżywsza, najinteligentniejsza klasa robotnicza, która wiązała naturalnie sprawę [narodową] polską ze swoim klasowym interesem.
W roku 1912 przyjechał do Polski Lenin, którego już znałem z dyskusji dawniej, i odbyła się w Krakowie na ul. Lubomirskiego konferencja Komitetu Centralnego rosyjskiej socjaldemokracji.
W tym czasie Lenin mieszkał z [Nadieżdą] Krupską w Krakowie i często oboje wyjeżdżali na wycieczki rowerami. W Muzeum Lenina w Moskwie była taka ciekawa fotografia, jak ja też jeździłem na rowerze. Spotykaliśmy się w Lasku Wolskim, było bardzo miło, wszyscy troje byliśmy młodzi i umieliśmy na rowerach spędzać czas, a potem dyskutować. Ten okres był ciekawy. Dlaczego? Bo Lenin miał zrozumienie dla ludzi innych poglądów. Był taki Kazimierz Czapiński, mienszewik, z którym Lenin spotykał się w Krakowie b. często i ciągle dyskutował. Wolno było dyskutować, trzeba było dyskutować i przekonywać się wzajemnie. Lenin umiał robić to świetnie. Był taki Herman Diamand, poseł z PPSD, dość prawicowo usposobiony, ale w listach N. Krupska pisze o nim bardzo sympatycznie. Nie umiało się zrywać stosunków osobistych tylko dlatego, że mieliśmy inne poglądy.
Organ SDKPIL „Gazeta Robotnicza” z lipca 1912 roku pisze, że wybitniejsi socjaldemokraci Królestwa Polskiego i Litwy, jak np. [Róża] Luksemburg, stali na początku roku 1904 po stronie mienszewików, lecz rewolucja wykazała im oportunizm mienszewików – przegrali, a Lenin wygrał. Dalej weźmy pismo z 15 listopada 1913 roku – „Za prawdę”. Lenin tam pisze na str. 167, że Zarząd Główny SDKPiL nie dowiódł niczym swojego oburzenia. Oczywiście to jedno by wystarczyło, aby ani jeden właściwy działacz ruchu robotniczego nie życzył sobie pozostawać w jakichkolwiek stosunkach z tymi dżentelmenami, którzy zwalczali samą myśl niepodległości Polski.
1 sierpnia 1914 roku spotykamy Lenina w Poroninie. Wtedy wybuchła wojna i nagle – chyba to trzeba krótko przypomnieć – z Lenina zrobiono wroga całego imperium austro-węgierskiego, może nawet zdrajcę itd. Głupi ludzie spowodowali aresztowanie go w Poroninie. Stamtąd droga do Nowego Targu i trzeba było się nim zająć.
Chcę przypomnieć charakterystyczny moment, który sam przeżywalem. Byliśmy sami członkami partii socjaldemokratycznej, przeciwnikami militaryzmu, ale trzeba wybierać, czy trzy to jest więcej niż dwa, czy też mniej, czy to jest tylko problem algebraiczny, czy arytmetyczny. Myśmy wszyscy stanęli w obronie tego bardziej postępowego państwa austriackiego, ale równocześnie staliśmy po stronie obrony niepodległości Polski.
Przypomnę szanownym zebranym taki moment: kiedy w 1914 roku zdecydowałem się sam na przystąpienie do ruchu, który wtedy prowadził Józef Piłsudski, wtedy przekonałem się, że dwa to jest lepiej niż trzy, i postanowiłem pójść do najbliższego krawca, aby dać sobie uszyć mundur strzelecki. Kiedy wchodziłem do kamienicy, w której mieszkał krawiec, przypadkowo z niej wychodził znajomy, wysoki, rosły chłop, z brodą rozczapierzoną – to był Feliks Kon, dawny proletariatczyk, ubrany po strzelecku. Kiedy znalazłem się w Miechowie jako przewodniczący grupy sanitarnej, w pewnym momencie spojrzałem na szosę i zobaczyłem znajomą twarz. W płaszczu gumowym, w czapce przypominającej strzelecką, zobaczyłem znajomego, Jana Hempla, komunistę, antymilitarystę, przeciwnika wojny. Była taka sytuacja, że trzeba było bronić sprawy polskiej w imię klasy robotniczej i chłopstwa polskiego.
W tej sytuacji znaleźliśmy się wszyscy z chwilą wybuchu wojny. Lenina uwolniono z pomocą przede wszystkim [Ignacego] Daszyńskiego, który przyjechał z Miechowa i dał nam polecenie walczenia o uwolnienie Lenina. Istotnie, u dyrektora policji [Michała] Flataua mogłem interweniować z polecenia Daszyńskiego i rzeczywiście Wiktor Adler, znany socjalista austriacki, przywódca austriackiej socjaldemokracji, wszystko zrobił dla uwolnienia Lenina i wysłania go do Szwajcarii. 7 maja 1917 roku odbyła się VII Konferencja SDPRR, na której Lenin oświadczył: Polityka Polski jest wskutek długotrwałego ucisku ze strony Rosji polityką jedyną w obronie narodu polskiego, a car był wielkim katem narodu rosyjskiego i polskiego”. Takie było stanowisko wyraźne, że Polska potrzebowała pomocy, i proletariat rosyjski stawał w obronie Polski. W dekrecie Rady Komisarzy Ludowych z 29 sierpnia 1918 roku mówi się o anulowaniu traktatów rozbiorowych „Wszystkie układy i akty zawarte przez rząd byłego Cesarstwa Rosyjskiego z rządami Królestwa Pruskiego i Cesarstwa Austro-Węgierskiego, dotyczące rozbiorów Polski, zostają nieodwołalnie unieważnione ze względu na ich sprzeczność z zasadą samookreślenia narodów i rewolucyjnym poczuciem prawnym narodu rosyjskiego, który uznał niezaprzeczalne prawo narodu polskiego do niepodległości i jedności”. W 1920 roku, kiedy walczono z Polską burżuazyjną, reakcyjną Polską Piłsudskiego, Lenin ogłosił na Ogólnorosyjskim Zjeździe „Wiemy, że podział Polski między rządy rosyjski, niemiecki i austriacki był wielką zbrodnią. Rozbiór ten skazał Polskę na długie lata ucisku”. Jeżeli taka była sytuacja – to winniśmy wyrazić wielkie uznanie i szacunek wielkiemu Leninowi, który stanął po stronie Polski, nie dlatego, że to byli kapitaliści, że to byli obszarnicy, a dlatego, że cały naród powinien był otrzymać pełną wolność. Jak dalece wyraźnie Lenin stawiał sprawę tę, świadczyć może dyskusja z Hitnazem [?] norweskim socjaldemokratą, który był przeciwny samostanowieniu i oderwaniu się od Rosji czy od Szwecji. Trzeba było umieć walczyć o rzecz słuszną. Lenin potrafił to i za to niezmiernie wysoko go cenimy. Cieszyliśmy się, że u nas on był razem z nami w warunkach trudnych. Przypominacie sobie może wspomnienie Nadieżdy Krupskiej. Kiedy Lenin siedział w Poroninie, a później w Nowym Targu w areszcie półpolicyjnym, rozmawiał z chłopami, a chłopi lubili Lenina – mówili „morowy chłop”. Takie było określenie Lenina, człowieka łatwego do współżycia z chłopami, robotnikami, z klasą robotniczą.


MOJE WSPOMNIENIA Z LAT 1912-1916


Opowieść Natalii Goczałkowskiej – Warszawianki, córki dziennikarza. Jako uczennica gimnazjum brała udział w postępowym ruchu młodzieżowym, uczestniczyła w strajku młodzieży szkolnej i w demonstracjach rewolucyjnych w 1905 roku. Później emigrowała do Galicji i studiowała filozofię w Krakowie i tam spotkała Lenina, a później studiowała w Zurychu. Później pracowała w Polskiej Krajowej kasie pożyczkowej oraz w fabryce drożdży. W okresie okupacji należała do armii krajowej i uczestniczyła w powstaniu warszawskim. Później pracowała w instytucjach państwowych.

***



Lata 1912-1916 to okres mojego życia, który się splata ścisłymi nićmi z tym samym okresem życia największego człowieka XX wieku Lenina. Po ukończeniu gimnazjum w Płocku wyjechałam z końcem 1912 roku do Krakowa na studia uniwersyteckie, ponieważ uniwersytety pod zaborem rosyjskim były wówczas niedostępne dla kobiet. Po wstąpieniu na wydział matematyczno-przyrodniczy Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie zapisałam się do „Spójni”, związku akademickiego, który w tych latach grupował akademików o przekonaniach lewicowych, ściśle mówiąc, sympatyków SDKPIL i PPS-lewicy.
Gdy tylko dowiedzieliśmy się o przyjeździe Lenina z Paryża latem 1912 roku i osiedleniu się jego na przedmieściu Krakowa przy ulicy Zwierzynieckiej, ściągnęliśmy go do „Spójni” z prośbą o wygłoszenie referatu na różne, żywo nas interesujące sprawy z zakresu ówczesnej polityki. Lenin pomimo nawału pracy związanej z jego przeniesieniem się do Krakowa, a tym samym koniecznością nawiązania nowych kontaktów z krajem, wygłosił szereg referatów na temat rozwoju życia robotniczego w Rosji oraz na tematy rozłamu w partii i charakterystyki ówczesnych dwóch ugrupowań: mienszewickiego z [Lwem] Trockim na czele i bolszewickiego z wodzem i twórcą Leninem. Referaty były wygłaszane w języku rosyjskim, co nie sprawiało nam specjalnych trudności, ponieważ większość naszych członków pochodziła z zaboru rosyjskiego. Referaty Lenina były dla nas, młodzieży fanatycznie usposobionej, przeżyciem. Talent oratorski Lenina, polityczne wyrobienie, głęboka znajomość życia robotniczego we wszystkich jego przejawach, znajomość wszystkich prądów nurtujących ruch robotniczy Rosji carskiej i rosyjskiej emigracji zagranicznej wszystko to razem składało się na całość tak interesujących odczytów, które były dla nas, młodzieży, na dłuższy okres czasu duchowym pokarmem oraz tematem niekończących się zażartych dyskusji.
W tym okresie zawarłam znajomość z Leninem, która stopniowo zamieniła się w serdeczną zażyłość z nim i jego najbliższym otoczeniem. Włodzimierz Iljicz Uljanow, o powierzchowności przeciętnego człowieka w średnim wieku, miał wybitnie charakterystyczne czoło myśliciela. Gdy przemawiał, przestawał być tym przeciętnym człowiekiem, a stawał się mówcą, który porywał audytorium. Z usposobienia był raczej jowialny, chętnie rozmawiał, interesował się drobnymi, powszednimi wydarzeniami codziennego życia kół emigracyjnych, interesował się materialną sytuacją niektórych towarzyszy, którzy, choć żyli w nędzy, to jednak nie zwracali się do nikogo o pomoc. Był serdeczny i ludzki. Kochał zwierzęta i dzieci, nosił często w kieszeni cukier dla koni, a cukierki dla dzieci. Był dobrym „wujkiem” dla potomstwa swych towarzyszy. Dzieci chętnie go odwiedzały, siadały mu na kolanach, a on, niezależnie od nastroju, miał zawsze dla nich uśmiech, dobre słowo i coś słodkiego. Interesował się bardzo również muzyką. Na koncertach siedział z głową przechyloną, z przymkniętymi oczami i chociaż nie lubił się przyznawać, że muzyka go wzrusza, widać było jednak, jakie robiła na nim wrażenie.
Najbliższe otoczenie Lenina – to jego żona Nadieżda Konstantynowna Krupska, przemiła, serdeczna kobieta, o wielkim społecznym wyrobieniu, z zawodu pedagog, miłująca szalenie swojego męża; matka Nadieżdy – staruszka 70-letnia, której całe ówczesne życie koncentrowało się koło Wołodii i Nadii. Staruszka znosiła wszystkie niewygody tułaczego życia, byle tylko nie rozłączać się z dziećmi. Do rodziny należała również kotka Masza, faworytka całego otoczenia, którą Lenin bardzo lubił i woził z miejsca na miejsce. Masza stale siedziała na kolanach Lenina lub na ramieniu, co mu jednak nie przeszkadzało w pracy.
Życie rodzinne, pomimo bardzo ciężkich warunków materialnych, było pozbawione wszelkich zgrzytów. Głębokie wzajemne zrozumienie, przywiązanie i wzajemny szacunek cechowały ich pożycie. Będąc codziennym gościem przez okres kilku lat, nigdy nie byłam świadkiem jakichkolwiek nieporozumień lub zgrzytów wynikających z codziennych kłopotów. Niezwykle miły i serdeczny był stosunek Lenina do matki Nadieżdy Konstantynowny. Stale się z nią przekomarzał, a gdy tylko miał czas, grał z nią w karty i szachy. W małym mieszkaniu, jakie zwykle zajmowała rodzina Uljanowów, dni płynęły pod czułym okiem Nadieżdy, która była dla Lenina dobrym, opiekuńczym duchem. Zwykłe umeblowanie pokoju Lenina składało się z dużego stołu, dla oszczędności przykrytego ceratą, i tapczanu. Dosłownie wszędzie były książki: na stole, oknie, tapczanie, etażerce i na ziemi, w kątach na podłodze. Włodzimierz wstawał bardzo wcześnie. Od razu zabierał się do pracy. Niestety, w Krakowie nie było odpowiednich bibliotek, ale nie brakło mu lektury, gdyż przywiózł ze sobą kilka skrzyń książek.
W tym czasie Lenin poświęcał dużo uwagi i czasu „Prawdzie”, systematycznie kierował tą gazetą, pisząc codziennie do niej artykuły. Korespondencja z Rosją, rozmowy z najbliższymi towarzyszami, częste przyjazdy delegatów z Rosji oraz posłów frakcji socjaldemokratycznej do Dumy, którzy przyjeżdżali do Lenina jako do swojego wodza i nauczyciela po wskazówki oto pracowity dzień Lenina. Bliskość granicy umożliwiała utrzymywanie stałych kontaktów z krajem. Poczta przychodziła dwa razy na dzień, po kilkadziesiąt listów na raz. Godziny ranne i popołudniowe, czas nadejścia poczty, były najważniejszym momentem całego dnia. Gdy zbliżała się pora przyjścia listonosza, Lenin zaczynał być niespokojny, chodził po pokoju, przystawał przy oknie i nadsłuchiwał, czy listonosz nie idzie po schodach. Był on zawsze najmilszym najbardziej oczekiwanym przybyszem. Przynosił ze sobą listy, symbol więzi łączącej Lenina z jego ukochanym krajem i najbliższymi przyjaciółmi zza kordonu, którzy wcielali w czyn jego wielkie idee.
Napisane przez siebie listy Lenin odnosił osobiście na stację, znając dokładnie godziny odejścia pocztowych pociągów. Wrzucał je własnoręcznie do skrzynek w pociągach pocztowych na 10 minut przed odejściem pociągu, licząc, że w ten sposób dostaną się do rąk adresatów o parę godzin wcześniej. Często korespondencję przepisywała Nadieżda Konstantynowna systemem mlecznym lub też specjalnym szyfrem z obawy przed cenzurą. Ponieważ wieczorne pociągi pocztowe odchodziły około 10 wieczorem, Lenin nie mógł chodzić do kina ani do teatru. Nie zamieniłby jednak tej przyjemności osobistego ekspediowania poczty na najbardziej atrakcyjne rozrywki. Przychodzącą korespondencję najpierw przeglądała i segregowała Nadieżda Krupska. Ważną zaś korespondencję przewozili specjalni kurierzy, rekrutujący się przeważnie z kobiet. Jeździłam i ja kilkakrotnie za tzw. „półpaskiem”, który uprawniał do przekroczenia granicy i poruszania się w pasie przygranicznym po obu stronach, to jest austriackiej i rosyjskiej. Często jeździła również z bibułą Zofia z Muszkatów Dzierżyńska, żona Feliksa Dzierżyńskiego, dla którego sprawy partyjne były zawsze najważniejsze; posyłał on żonę z walizami bibuły nawet w ostatnim miesiącu ciąży. W kilka godzin dosłownie po powrocie z takiej podróży urodził się syn Dzierżyńskiego.
Przez cały czas naszego wspólnego pobytu Lenin borykał się z trudnościami materialnymi. Środki finansowe, jakimi rozporządzał, były więcej niż skromne; posiłki gotowano w domu na „prymusie”, jedynym luksusem, bez którego Lenin nie mógł się obejść, była dobra herbata i narodowa potrawa rosyjska – bliny. O bliny stale się dopytywał i zapraszał na nie mnie i bliższych znajomych. Czasami Lenin dostawał paczki z Rosji od rodziny, w których były różne przysmaki rosyjskie, jak np. kawior. Ubranie Lenina składało się z dwóch garniturów, zimowego i letniego. Zimą nosił cyklistówkę, latem słomkowy kapelusz, corocznie odświeżany domowym sposobem, i stary melonik starannie czyszczony benzyną. Od czasu do czasu, gdy czuł się bardzo przemęczony, wsiadał na rower, z którym się nie rozstawał, i odbywał z moim mężem długie spacery (wyszłam wtedy za mąż za medyka Sergiusza Bagockiego).
Przy pomocy i współudziale najbliższych współtowarzyszy Lenin zorganizował w Krakowie cały szereg zjazdów partyjnych i narad KC z udziałem posłów frakcji socjaldemokratycznej do Dumy.
W roku 1913 pogorszył się stan zdrowia Nadieżdy Konstantynowny, która chorowała na tzw. chorobę Basedowa. Lekarz (mój mąż) radził dla poratowania zdrowia przenieść się na lato w góry, do Zakopanego, jednak Zakopane, które już wówczas stawało się modne, było za drogie dla naszej emigranckiej braci. Toteż Lenin zdecydował się na Poronin. Na okres ferii uniwersyteckich ja z mężem również pojechaliśmy do Poronina. Tutaj w dalszym ciągu Lenin wiódł pracowite życie. Spokój sprzyjał pracy literackiej, toteż w tym okresie pisał dużo prac publicystycznych, literackich i naukowych, szykował przemówienia i deklaracje oraz referaty dla deputowanych bolszewickich w Dumie.
W przerwach, dla odpoczynku, ponieważ jazda na rowerze była tu utrudniona ze względu na falistość gruntu, urządzaliśmy wycieczki w okolice Poronina, rozkoszując się pięknymi widokami. Poronin wówczas nie był tak cywilizowany jak dziś. Nie było jeszcze pensjonatów ani luksusowych willi, mieszkało się w góralskich chałupach. Na spacery Lenin wybierał się zawsze z plecakiem na plecach i z kieszeniami wypchanymi gazetami. W tym okresie Lenin poznał i zawarł znajomość z [Janem] Kasprowiczem i jego żoną, która była z pochodzenia Rosjanką. Z Kasprowiczem również Lenin odbywał spacery i prowadził ożywione dyskusje. Znajomość ta w następnym roku bardzo się przydała Leninowi. Na jesieni wróciliśmy wszyscy do Krakowa, gdzie życie potoczyło się dalej wartkim prądem.
W tym czasie zaczęliśmy razem z mężem wydawać pismo pod tytułem „Więzień Polityczny”. Pismo to miało za zadanie informowanie opinii polskiej i zagranicznej (artykuły i listy były tłumaczone na języki francuski i niemiecki i umieszczane w pismach zagranicznych) o okropnych stosunkach panujących w katorgach rosyjskich i na zesłaniu. Głód, tyfus, tortury, przykuwanie do taczek i karcery były udziałem więźniów politycznych, tych najlepszych synów ówczesnej Polski i Rosji.
W „Więźniu Politycznym” umieszczaliśmy oryginalne listy katorżników i zesłańców. W pracy tej ogromnie pomocny nam był Lenin, gdyż właśnie dzięki jego kontaktom mogliśmy zdobywać tak ważną dla nas korespondencję. Gdy numer opóźniał się z przyczyn od nas niezależnych (nieraz brakowało gotówki), niepokoił się i dopytywał, jaka jest przyczyna opóźnienia. W tym czasie w Krakowie na uniwersytecie miały miejsce zamieszki, związane z utworzeniem nowej katedry „socjologii katolickiej”. Zgrupowana w ,,Spójni” młodzież postanowiła zażądać odwołania decyzji o utworzeniu tej katedry, wychodząc z założenia, że Socjologia jako nauka jest jedna, i żądając, aby socjologia katolicka była wykładana na teologii. Profesorem, który miał objąć nową katedrę, miał być ks. [Kazimierz] Zimmermann. Młodzież postanowiła urządzić tzw. włoski strajk, to jest przyjść do uczelni, lecz nie słuchać wykładów i pozostać tak długo w gmachu, dopóki nie zostanie odwołana uchwała senatu. Spędziliśmy w gmachu krakowskiej „Alma Mater” dzień i noc, w końcu musieliśmy skapitulować z naszego protestu. Biorący udział w tej demonstracji opuszczali gmach uniwersytecki z indeksem, w którym była notatka: „Za udział w proteście senat akademicki udziela nagany z zagrożeniem wydalenia”. Całym tym zajściem, zwanym „zimmermaniadą”, żywo interesował się Lenin, a zacna Nadieżda Konstantynowna kilkakrotnie przychodziła pod uczelnię z garnuszkami zupy, aby nas odżywić. W tym okresie Nadieżda Konstantynowna zaczęła coraz bardziej zapadać na zdrowiu. Za poradą dra Bagockiego Lenin udał się z żoną do Berna, aby zasięgnąć porady słynnego specjalisty dra Emila Kochera.
Po powrocie latem 1914 roku wyjechaliśmy znów całą partią do Poronina, gdzie Lenin z niespożytą energią organizował szkołę partyjną i w dalszym ciągu uprawiał swą pracę publicystyczno-literacką i naukową z niezwykłą wydajnością. O ile mnie pamięć nie myli, [Józef] Stalin, ówczesny pseudonim „Wasiljew”, dwukrotnie przyjeżdżał do Galicji, raz do Poronina, raz do Krakowa. Przyjeżdżało wówczas tylu delegatów (między innymi poseł frakcji socjaldemokratycznej w Dumie, [Roman] Malinowski, jak się później okazało, prowokator będący na usługach ochrany), że trudno było spamiętać ich nazwiska – o ile nie brało się bezpośredniego udziału w naradach.
W sierpniu 1914 roku Lenin został aresztowany, po uprzedniej rewizji, i osadzony w więzieniu w Nowym Targu. Podczas rewizji policja austriacka nie mogła sobie poradzić ze skrzyniami książek, jakie posiadał Lenin. Osadzony w więzieniu, został posądzony, o ironio, o szpiegostwo na rzecz carskiej Rosji. W tym momencie właśnie przydała się znajomość z Kasprowiczem, który, gdy dowiedział się o aresztowaniu Lenina, natychmiast pojechał do Nowego Targu i wytłumaczył władzom nowotarskim, że właśnie Lenin jest tym, który całe swe życie poświęcił walce z caratem, za co był w Rosji więziony i zesłany na Syberię. Po 11-dniowym pobycie w więzieniu Lenin został zwolniony. W związku z rozpoczętą wojną światową i zbliżającą się ofensywą wojsk rosyjskich postanowiliśmy rozstać się z dotychczasowym miejscem pobytu i udać się przez Wiedeń do Szwajcarii jako państwa neutralnego.
Podróż odbyła się w wyjątkowo ciężkich warunkach, trwała 10 dni, w nie oświetlonych wagonach towarowych, w takim przepełnieniu, gdzie dosłownie nie można się było poruszać. Ja wiozłam ze sobą czterotygodniowe dziecko, obawiając się ciągle, czy je żywe dowiozę. W Wiedniu żyliśmy z zapomóg, jakie nam dawał hiszpański konsul, opiekujący się rosyjskimi obywatelami, i żyliśmy w ciągłej obawie nowych aresztowań, ponieważ policja uważała, że każdy rosyjski obywatel to rosyjski szpieg. Dostawszy w końcu na drogę pieniądze z tegoż hiszpańskiego konsulatu, wyruszyliśmy do Szwajcarii, gdzie zamieszkaliśmy najpierw w Bernie, potem w Zurychu. Tu zaczął się dla nas bardzo ciężki okres. Znaleźliśmy się w Szwajcarii bez środków do życia, bez ubrania, gdyż rzeczy pogubiliśmy częściowo w drodze (bezcenny zbiór, książek Lenina pozostał w Poroninie), bez możności nawiązania kontaktu z krajem. To najbardziej gnębiło Lenina, nie upadał jednak na duchu, gromadził wokół siebie miejscowych bolszewików, wygłaszał referaty, pracował całymi dniami w bibliotekach. Trudności w nawiązaniu kontaktu z Rosją, od której Lenin odcięty został wieloma frontami, zostały pokonane tylko częściowo po upływie pół roku, listy szły drogą okrężną, przez cały miesiąc w jedną stronę. W tym czasie cała nasza kolonia głodowała. Niezapomnianym momentem tego okresu było otrzymanie pierwszych 100 rubli srebrem z kraju. Wywołały one niezwykły entuzjazm i zostały uczciwie podzielone wśród członków naszej kolonii. W pierwszym rzędzie została zakupiona druga zmiana bielizny oraz po dłuższym poście mogliśmy się najeść do syta. Po pewnym czasie warunki nasze się poprawiły. Lenin zaczął dostawać pieniądze za swoje prace literackie, mąż mój dostał posadę asystenta w szpitalu. Ja zaś zaczęłam dawać lekcje dzieciom rodzin uciekinierów, których dużo zjechało się w tym czasie do Szwajcarii.
Z prywatnego życia Lenina były do zanotowania z tego okresu dwa fakty: operacja Nadieżdy Kontantynowny przez sławnego profesora, chirurga dra Kochera, która polegała na częściowym usunięciu nadmiernie rozwiniętego gruczołu tarczycowego. Operacja udała się i dzięki niej Nadieżda Konstantynowna zaczęła czuć się znacznie lepiej ze zdrowiem – oraz śmierć matki Nadieżdy, przemiłej staruszki, do której wszyscy byliśmy bardzo przywiązani. Ciało jej zostało spalone w krematorium w Zurychu. Nie było sądzone staruszce zobaczyć przed śmiercią swojej ziemi ojczystej. Niedługo potem drogi nasze rozeszły się po paroletniej wspólnej wędrówce: ja wróciłam do kraju w 1916 roku, Leninowi zaś, jak wiadomo, udało się dopiero w kwietniu 1917 roku dostać przez Niemcy do Rosji.
W ten sposób zakończył się wyżej opisany rozdział z życia mojej wczesnej młodości, bogaty w przeżycia i szczęśliwy z powodu możności obcowania z tym wielkim umysłem i wielkim sercem, jakie posiadał Lenin.


LENIN W KRAKOWIE


Opowieść autora o kryptonimie „Vidi”, którego tożsamości nie udało się ustalić. Wiemy, że był on sympatykiem, albo nawet członkiem PPS, a potem KPP.

***



W latach 1910-1912 widywałem go często w Krakowie. Mieszkał na tej samej, co i ja, ulicy: na Lelewela pod nrem 5, na Zwierzyńcu. Znany był wszystkim w tej dzielnicy robotnikom, znany był dzieciom, baraszkującym po trotuarach (podobno lubił je bardzo), a zwłaszcza znany był nam, emigrantom przybyłym z Kongresówki.
Widywałem go często, ale tylko o zmierzchu, wieczorem... Nosił na sobie nędzne półrobotnicze odzienie, nie uprasowane, z rosyjska wiszące na nim szeroko. Chód miał prędki, ruchy żywe, głowę nosił pochyloną ku ziemi. Sprawiał wrażenie przepracowanego, przemykającego się o zmroku przed okiem ludzkim człowieka. Wiadomo było, jak był pracowity. Mieszkając w Krakowie, redagował wychodzącą wówczas w Wiedniu, przeniesioną przezeń z Petersburga „Prawdę”. Redagował ją prawie że sam jeden, a była ona bojowym wyrazem stworzonego przezeń kierunku. „Prawdę” transportowano nie tylko do Rosji, rozwożono ją po wszystkich ośrodkach emigracji w Niemczech, Francji, Włoszech i Szwajcarii. Wiadomo było, że całymi dniami ślęczał nad artykułami. Tylko wieczorem wymykał się z domu do najbliższego sklepiku po wiktuały.
Mijaliśmy się często po drodze do tegoż sklepiku. Gdy szedł tak ulicą, sprawiał wrażenie człowieka, którego nic na świecie nie obchodzi, prócz jego sprawy. Przesuwały się koło niego tłumy, rozbrzmiewały dokoła liczne głosy, on zdaje się tego nie widział, nie słyszał. W twarzy miał jakąś wieczną troskę.
Głośno było w Krakowie o życiu osobistym wielu innych znanych emigrantów rosyjskich i naszych. Wiedziano wiele z ich życia osobistego, komentowano, plotkowano na te tematy. O Leninie, twórcy rozłamu w socjalizmie rosyjskim, redaktorze bojowej „Prawdy” prawie że nic lub mało co kto wiedział. W Krakowie, w Zakopanem, w Poroninie, dokąd przenosił się niekiedy i gdzie odbywały się potajemne zjazdy dzisiejszych kierowników Rosji żył również skromnie i cicho.
W roku 1912 przypatrzyłem się bliżej jego duchowemu wizerunkowi. Wrócił wtedy z Wiednia, a ponieważ finansowo stał wtedy marnie, emigranci nasi urządzili mu odczyt. Odczyt odbył się wieczorem w jednej z sal ówczesnego, stworzonego przez Wilhelma Feldmana, Uniwersytetu Ludowego na Szewskiej. Poinformowany przez kolegę F[eldmana], późniejszego kapitana Legionów i doktora medycyny, o odczycie Lenina – wybrałem się na ten odczyt.
W niewielkiej salce na 200-300 osób rozsiedliśmy się na prostych ławach. Zbytniego zainteresowania wśród emigracji królewiackiej odczyt nie wzbudził; zresztą odczyt miał być w języku rosyjskim – aczkolwiek Lenin mówił z trudem po polsku. Temat odczytu brzmiał: „Nadchodząca rewolucja w Rosji”. Temat był wielce ciekawy, gdyż z Rosji nadchodziły co dnia straszliwe wieści o srożącej się reakcji, rozpętanej po 1908 roku i każdy emigrant z utęsknieniem oczekiwał chwili, kiedy skończy się w Rosji czarny terror i znęcanie się nad opozycją.

POSZLIŚMY TEDY NA ODCZYT LENINA.


Nie kazał długo czekać na siebie. Wszedł prawie że punktualnie, stanął za stołem i począł mówić. Mówił z prostotą, swobodą i niezmierną wiarą w to, co głosi. „Stoimy na progu nowej ery – mówił. – Rewolucja rosyjska weszła w nową fazę! Reakcja czarnosecińców kończy się. Lata depresji ustają – robotnik rosyjski rozpoczyna nową, tym razem już ostatnią, zwycięską walkę”. Lenin dowodził w swym odczycie, że chociaż w Rosji tryumfuje reakcja polityczna – rewolucja kroczy naprzód, gdyż fala strajków ekonomicznych kroczy progresywnie od roku 1896, a to jest decydujące w postępie rewolucji, nie zmiany rządu. Lenin mówił chłodno, z zacięciem, z ironicznym przekąsem pod adresem swych przeciwników, „tych panów Adlera, Daszyńskiego czy Jaurèsa”, i wzywał do szykowania się do walki.
Odczyt nie był ściśle naukowy; jakże daleki był od przeciętnej ścisłości profesorskiej! Czuło się natomiast, że ten człowiek bada sprawę bardziej życiowo, że wnika w zjawiska życia, że jest ich intuicjonistą i że dla swej idei poświęcić może całkiem chłodno nie tylko tysiące ludzi, ale i siebie.

TO BYŁO NAJSILNIEJSZE WRAŻENIE ODCZYTU.


Po odczycie nastąpiła krótka dyskusja. Ze strony polskiej wziął w niej udział pan Leon Wasilewski, przyszły minister spraw zagranicznych. Pan W[asilewski] rzekł:
„Nie mam zamiaru polemizować z tow. Leninem, którego program jest mi znany. Chciałbym tylko zapytać, jak zostanie rozwiązana w Rosji kwestia narodowościowa?”
Lenin odparł z sarkazmem: „Kwestia ta jest dla mnie b[ardzo] prosta. Rozwiąże ją rewolucja rosyjska, daleka od zamętu panującego w rozwiązywaniu tej kwestii przez demokratów i socjalistów burżuazyjnych. Rewolucja nasza łatwo tę sprawę, jak wiele innych, załatwi po myśli narodów zainteresowanych”.
W takim w ogóle tonie imperatywnym utrzymany był odczyt Lenina.
Patrząc wtedy na Lenina, ani przypuszczałem, że mam przed sobą przyszłego wodza milionowych rzesz Rosji. Ten ubogi, obeznany z głodem i prześladowaniem emigrant miał jednak w sobie coś, co utrwalało się w pamięci na zawsze: wiarę w swoją ideę.


JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁA POLSKA?


Opowieść Juliana Chrostka, krakowskiego robotnika, pracującego w przedsiębiorstwach drogowych. Od 1905 roku członek PPS, później działacz w ruchu związkowym drogowców. Później członek Klubu Przyjaciół Muzeum Lenina w Krakowie.

***



Moje zapoznanie z Leninem nastąpiło w 1912 roku. Pewnego dnia, wieczorem, Lenin, wracając z miasta, przechodził koło mojego domu. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściu Krakowa, przy ul. Królowej Jadwigi 50, a Lenin naprzeciwko, pod numerem 41. Lenin mieszkał tam od lipca do końca września 1912 roku. W ogródku stała moja żona z dzieckiem na ręku, które wołało: „Tata, tata”. Lenin zatrzymał się i rozpoczął rozmowę z żoną na temat ogródka, w którym rosły kwiaty. Powiedział do żony, że on jest miłośnikiem kwiatów, i rzeczywiście, jak się później okazało, był ich wielkim miłośnikiem. Żona moja zaprosiła go na ganek, aby usiadł i poczekał, to ona narwie mu kwiatów. Lenin usiadł na ganku, wziął chłopczyka na rękę i bawił się z nim, a żona narwała bukiet kwiatów i dała mu go. W międzyczasie ja wróciłem z pracy, znając, że to jest lokator z przeciwka, przywitałem się i trochę porozmawialiśmy. Pod koniec rozmowy Lenin spytał mnie, czy mógłbym się z nim spotkać i porozmawiać o różnych sprawach. Ponieważ cały tydzień pracowałem i późno wracałem z pracy – powiedziałem, że mogę się z nim spotkać w sobotę, na co Lenin zgodził się.
Gdy w sobotę wracałem z pracy, Lenin czekał w oknie. Pomachał mi ręką i gdy tylko zjadłem obiad, wyszedłem na ganek. Lenin wyszedł także i poszliśmy się przejść. W czasie spaceru Lenin wypytywał się, co ja robię, gdzie pracuję, a szczególnie zainteresował się ludźmi, którzy do nas przychodzili. Powiedziałem mu, że pracuję w magistracie, w budownictwie miejskim, że mamy tam założony Związek Użyteczności Publicznej, którym kieruję, a ludzie ci to są moi zastępcy: sekretarz, skarbnik itd. W magistracie, gdzie pracowałem, była straszna reakcja i związek nasz, jako socjalistyczny, był bardzo prześladowany. Mnie w magistracie przeganiano i nie pozwalano robić zebrań, więc schodzili się do mnie. Siadywaliśmy wtedy na ganku i niby grając w karty czy szachy omawialiśmy swoje sprawy. O tym wszystkim powiedziałem Leninowi, który spytał mnie, czy mógłby przyjść na takie spotkanie i pogadać z ludźmi. Powiedziałem: owszem, niech pan redaktor przyjdzie (nazywaliśmy go wszyscy redaktorem).
Zawiadomiłem więc kolegów, że poznałem pewnego redaktora, który bardzo interesuje się naszymi sprawami i chciałby się z nami spotkać, więc żeby wieczorem przyszli do mnie. Gdy się wszyscy zebraliśmy, to zaczęliśmy mu opowiadać swoje sprawy, on poprawiał nas, wyjaśniał, dawał swoje uwagi. *Wszystkie rozmowy toczyły się w języku polskim, przeplatanym wieloma wyrazami rosyjskimi i niemieckimi. Ja język niemiecki trochę znałem i dlatego w rozmowie z „panem redaktorem” nie miałem większych trudności *.
Posiedzenia takie odbyły się kilka razy. Pewnego razu wybraliśmy się na przechadzkę przez Glinik pod Salwator do Kopca Kościuszki, dokąd Lenin lubił bardzo chodzić. Dzień był pogodny. Gdy przyszliśmy na miejsce, Lenin zapatrzył się na góry; stał zamyślony. Odezwałem się pierwszy: „Słuchajcie, redaktorze, po tych waszych rozmowach przyszło mi na myśl, jak po tych zmianach, o których mówiliście, będzie wyglądała Polska?” Lenin zastanowił się bardzo, założył ręce i powiedział: – Jak będzie wyglądała? Tak będzie wyglądała, jak wy, robociarze, sobie ją ustanowicie.

– A GDZIE SĄ TACY LUDZIE? – SPYTAŁEM.


– Widocznie są, jeżeli wy jeden tu jesteście…
– Dobrze, ale ja jeden nic nie mogę poradzić.
– Jednostki zaczynają – odpowiedział Lenin – a setki i tysiące się rodzą. Jedną zapałką można całą wieś spalić. Jeżeli macie takie pytania i robicie u siebie zebrania, to na ten temat podyskutujcie – to, co wy wiecie, trzeba przekazać innym, tamci następnym, aby się coraz bardziej rozszerzało, a wówczas może nastąpi to, o co pytaliście się.
*W owym czasie poznała u mnie Lenina znajoma mojej żony, Stanisława Kurz, z którą dużo rozmawiał Lenin, gdyż i ona pracowała w duchu socjalizmu wśród ludzi na wsi jako nauczycielka. Lenin wypytywał się o jej życie i stosunki wśród ludzi na tej wsi, namawiał ją do pracy rewolucyjnej wśród tych chłopów i robotników rolnych *.
Na jednym z takich zebrań wieczornych była i moja żona. Ponieważ było już późno, powiedziałem do żony, aby poszła spać z dzieckiem. Żona wyszła do pokoju, a po chwili słyszę jej krzyk: „Julek, złodziej stoi za oknem”. Wszedłem do pokoju i pytam się żony, co się stało. Odpowiedziała mi, że złodziej dobijał się do okna. Wróciłem zaraz do zebranych i powiedziałem im o wypadku. Wszyscy zebrani opuścili zaraz mieszkanie przez to właśnie okno. Ja natomiast wyszedłem przez sień na ganek, obszedłem cały dom, lecz nikogo nie spotkałem. Widziałem jeszcze, jak koledzy szli pod Salwator, a Lenin skręcił na prawo do swego domku. Popatrzyłem przez chwilę za nim, jak szedł do domu, i odwróciłem się, żeby wejść do mieszkania, gdy wzrok mój padł na krzak bzu, który rósł w ogródku koło studni. Wydało mi się, że jest tam coś nie tak, jak powinno być. Otworzyłem więc furtkę, wszedłem do ogródka, patrzę, a tu stoi policjant.
– Co wy tutaj robicie o tym czasie? – spytałem.

– NIE TWOJA TO RZECZ.


– Jak to nie moja rzecz, mam prawo wiedzieć, kto na moim gruncie się znajduje – powiedziałem.

– NIE WASZA RZECZ...


– A jaka wasza rzecz, żeby mi do okna zaglądać?
– Jeszcze raz wam powiadam, że to nie wasza rzecz!
– To proszę natychmiast opuścić mój ogródek – powiedziałem.
Po wielkich targach opuścił ogródek, a ja wszedłem do mieszkania. Na drugi dzień zajechała przed dom, gdzie mieszkał Lenin, dorożka, na którą włożono walizki, i Lenin opuścił tę miejscowość.
Dowiedziałem się później, że Lenin zamieszkał w mieście przy ul. Lubomirskiego. Było mi trochę przykro z powodu tego zajścia. Gdy go spotkałem, powiedziałem mu, że jest mi przykro, iż tak się stało, że było bardzo przyjemnie, jak on do nas przychodził i pouczał nas. Lenin odpowiedział mi wówczas, że to nic nie szkodzi, że jeżeli będzie w tamtych stronach, to zawsze do nas wpadnie. I faktycznie tak było. Ilekroć przyjechał do Woli Justowskiej, zawsze do nas wstępował. Trwało tak do jego wyjazdu do Poronina. Od tego czasu nie widziałem go, otrzymałem od niego tylko raz jeden – *latem następnego roku * – kartkę, w której zapytywał o nasz związek, co robimy itd.
*Po paru miesiącach otrzymałem od „pana redaktora” z Poronina jeszcze jedną pocztówkę. Pamiątki te przechowywałem wraz z brulionem protokołów wspomnianych zebrań do 1943 roku. 28 lipca 1943 roku te cenne dokumenty wraz z wieloma socjalistycznymi ulotkami spaliłem z obawy przed konsekwencjami w okresie dokonywanej przez hitlerowców pacyfikacji Woli Justowskiej *.


CO MÓWIŁ LENIN NA RYSACH?


Opowieść autora pod kryptonimem „Z”. Nie ustalono tożsamości autora, wiadomo, że pochodził z Wielkopolski i nie należał do sympatyków ruchu robotniczego i ZSRR.

***



Było to w roku 1913. Spędziłem wtedy lato w Zakopanem. Pewnego dnia, zdaje się, w lipcu, powracałem z dłuższej wycieczki z pewnym znajomym z tak zwanej wówczas„węgierskiej strony”, ze Smokowca. Przed zejściem na dół do Morskiego Oka zatrzymaliśmy się dłuższy czas na Rysach. Była godzina może około trzeciej po południu, gdy nagle usłyszałem dochodzącą mnie z dołu rozmowę rosyjską, niedługo poczym wynurzyły się trzy osoby idące pod górę, w kierunku od Morskiego Oka. Te trzy osoby to było dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Jeden z mężczyzn był to pan wyższy i tęższy, drugi młodszy, smuklejszy, kobietą była pani w jasnym kostiumie; towarzyszył im duży pies, biegający dookoła.
Jeszcze przedtem, usłyszawszy język rosyjski, zwróciłem się do towarzysza z uwagą, że i tu nas jeszcze prześladuje ta mowa, ale towarzystwo mnie zainteresowało ze względu na dobre ułożenie i inteligentny wygląd składających go osób. Po chwili towarzystwo trojga Rosjan podeszło wyżej i usadowiło się niedaleko nas. Dodam, że w tej porze była nas na Rysach spora już gromadka, bo oprócz nas jakieś towarzystwo węgierskich turystów, drugie towarzystwo mówiące po czesku razem około piętnastu osób.
Siedzieliśmy wszyscy blisko jedni drugich, toteż niedługo zaczęło się przerzucanie słówkami, a potem ogólna rozmowa. Oczywiście zaraz okazało się, że jesteśmy różnojęzyczni, przeto ta ogólna rozmowa zaczęła się toczyć po niemiecku jak zwykle między Słowianami...
Co do nas, to rozmawialiśmy z dwojgiem młodszych spośród Rosjan, początkowo po rosyjsku. Wkrótce jednak ten starszy (już teraz wiem na pewno, że był to Lenin, bo właśnie tak zupełnie wyglądał, jak jego fotografia, zamieszczona w felietonie w numerze 34 „Kuriera”) odezwał się do mnie, że włada językiem polskim. Wtedy dowiedziałem się od moich rozmówców rosyjskich, że mieszkają oni stale w Szwajcarii, a obecnie przyjechali tutaj, bliżej Rosji, ponieważ w Rosji szykują się ważne wydarzenia. Zapytałem ich, dlaczego nie jadą do Rosji. W odpowiedzi Lenin wskazał mi tylko ruchem ręki na szyję, robiąc jakby gest powieszenia. Wiedziałem już, że mam przed sobą rewolucjonistów zresztą nie taili oni tego wcale, gdyż w dalszym ciągu rozmowy Lenin powiedział, że mieszkają chwilowo tylko w Poroninie, a co do wyjazdu do Rosji, to czekają na sprzyjające warunki.
Upłynęło od tej rozmowy lat kilka. Przeszła już wielka wojna ze wszystkimi jej dziwnymi wydarzeniami, wreszcie rewolucja w Rosji, upadek caratu, triumf bolszewizmu. Z ilustracji w pismach już wtedy dowiedziałem się, że przygodnym moim rozmówcą na Rysach był Lenin, w czym się teraz ostatecznie utwierdziłem. Owa dama, która była z nim wówczas, była to oczywiście pani [Nadieżda] Krupska, jego żona, trzeciego do tej pory nie znam z nazwiska. Nie była to ta trójka, o której mowa w felietonie, gdyż w tamtej byli sami mężczyźni – w każdym razie był to Lenin z którymś ze swych towarzyszy na wycieczce w Tatrach, które odbywał w Zakopanem widocznie często.
Wzmiankować muszę, że w rozmowie okazał się on inteligentnym, nawet sympatycznym rozmówcą. Siedząc tak na szczytach, z widokiem na panoramę Tatr, poruszaliśmy w rozmowie różne tematy, oczywiście przede wszystkim sprawy rosyjskie, o których Lenin chętnie mówił; ja też byłem ciekawy, więc słuchałem, tym bardziej że sprawy rosyjskie znałem cokolwiek. Lenin mówił o rosyjskiej biedzie chłopskiej (która była rzeczywistością), o głodach ogarniających całe połacie żyznego kraju, o nędzy i tyfusie głodowym. Lenin wskazywał różne fakty, dziejące się wówczas (rok 1913 w Rosji), i dowodził, że w państwie carów musi nastąpić olbrzymi przewrót.
W końcu zeszliśmy, my i oni, z Rysów, poszliśmy każdy w swoją stronę. Lenin z żoną i towarzyszem spieszyli, aby zajść na noc do Poronina. W każdym razie rozmowa moja z nim trwała około godziny.


W ZAKOPANEM I NA PODHALU


Opowieść Konstantyna Steckiego, profesora botaniki, inżyniera-agronoma i doktora filozofii. Urodzony w Hrubreszowie syn lekarza, uzyskał maturę w Łodzi, skończył studia rolnicze, przyrodnicze i filozoficzne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Członek Związku Młodzieży Polskiej, nauczyciel przyrody, kustosz działu przyrodniczego Muzeum Tatrzańskiego, profesor botaniki leśnej na wydziale Rolniczo-Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego.

***



Lenin w 1914 roku jako emigrant polityczny z Rosji carskiej przebywał w Galicji, o ile wiem, czas jakiś w Krakowie, a w okresie, kiedy go znałem, w Poroninie pod Zakopanem. Kraków i Galicja były w tym okresie, między rokiem 1905 a 1914, po stłumieniu przez rząd carski rewolucji 1905 roku, dzięki znacznej wolności politycznej, jaka tu istniała, azylem dla wielu politycznych emigrantów zarówno z tzw. zaboru rosyjskiego, tj. z tej części Polski, która wtedy należała do Rosji, jak nawet i z samej Rosji. Emigranci ci zawsze znajdowali tu życzliwy stosunek, opiekę i poparcie ze strony społeczeństwa polskiego, jako ci, którzy walczyli ze znienawidzonym rządem carskim.
Taką samą rolę odgrywało i Zakopane, znana miejscowość turystyczna i klimatyczna, położona pod Tatrami, gdzie w owym czasie przebywało dużo emigrantów, a także wybitnych przedstawicieli inteligencji polskiej: malarzy (Włodzimierz Tetmajer, Leon Wyczółkowski, Teodor Axentowicz, Aleksander Augustynowicz, Zefiryn Ćwikliński, Alfred Terlecki, Jan Rembowski i wielu innych), artystów (Ludwik Solski, Irena Solska), pisarzy i literatów (Stefan Żeromski, Jan Kasprowicz, Kazimierz Tetmajer, Jerzy Żuławski, Gustaw Daniłowski itd.). Zwłaszcza latem gromadziło się tu wiele wybitnych osobistości i stąd Zakopane było nazywane „letnią stolicą Polski”.
Nic więc dziwnego, że Zakopane jako ośrodek wysoce kulturalny ściągało ku sobie również i liczny świat emigrancki. Tym bardziej że emigranci znajdowali w Zakopanem także pomoc i poparcie finansowo-materialne ze strony tak licznej tu inteligencji polskiej. Zwłaszcza zawsze czynnym i gotowym do pomocy dla emigrantów politycznych był dr Kazimierz Dłuski, dyrektor znanego sanatorium przeciwgruźliczego na Gubałówce w Zakopanem, i jego żona, też lekarz z zawodu, z domu Skłodowska, rodzona siostra znanej uczonej chemiczki, odkrywczyni radu, Marii Curie-Skłodowskiej. Dłuscy stale i systematycznie pomagali emigrantom, czy to bezpośrednio przez udzielanie im pożyczek, z reguły bezzwrotnych, czy to przez wystaranie się dla nich o jakąś pracę, czy to organizując odczyty, wieczory literackie w swym sanatorium lub nawet zabawy, jak np. wieczory śpiewu i humoru, z których dochód był przeznaczony na cele uchodźców politycznych, lub wreszcie zbierając dobrowolny stały podatek wśród pacjentów i znajomych na rzecz więźniów politycznych.
Z polskich emigrantów politycznych przebywali w tym czasie w Zakopanem: Józef Piłsudski i jego współtowarzysze – Kazimierz Sosnkowski, Walery Sławek, Henryk Minkiewicz, Ksawery Prauss i wielu innych; tu przebywał brat Józefa – Bronisław Piłsudski, były wieloletni zesłaniec na Sachalinie, znany badacz życia i języka Ajnów, a z mniej znanych postaci np. Edward Ringmann, członek „rządu rewolucyjnego” w Zagłębiu Dąbrowskim, który w 1905 roku sprawował tam w ciągu paru dni władzę, a władze carskie na skutek rewolucyjnego stanowiska mas robotniczych na dni parę wycofały się z paru miejscowości Zagłębia. Przebywało również w Zakopanem wielu innych mniej lub więcej znanych emigrantów, których zresztą, zarówno jak wielu z wyżej wymienionych, nie znałem osobiście i dziś już nawet wielu nazwisk sobie nie przypominam.
Taka atmosfera życzliwej serdeczności i bezinteresownej pomocy, jaka wtedy panowała w Zakopanem, i tak kulturalne otoczenie musiało przyciągać ku sobie także i wybitne jednostki spośród mniej naturalnie w Krakowskiem licznej emigracji rosyjskiej. Z emigrantów Rosjan poznałem i zaprzyjaźniłem się z przebywającym tu i leczącym się na chorobę płuc młodym przyrodnikiem Borysem Wigilewem. Ponieważ u niego to właśnie poznałem Lenina, poświęcę tej postaci nieco więcej uwagi. Wigilew był aresztowany jeszcze jako student uniwersytetu, zwolennik eserowców, o ile dobrze to w tej chwili pamiętam, w Kijowie, i tam czas jakiś więziony, potem przebywał przez pewien czas w więzieniu w Siedlcach. Po wyjściu z więzienia, chory na płuca, chronił się jako emigrant w Finlandii, potem w Szwajcarii, mieszkał kilka miesięcy w Krakowie, wreszcie osiadł w Zakopanem, gdzie leczył się, a żona jego, Jewgienija Aleksiejewska, znacznie od niego starsza, pracowała jako masażystka i pielęgniarka. Popierał ich bardzo i opiekował się nimi dr Dłuski, polecając swym pacjentom Aleksiejewską jako masażystkę i starając się dać Wigilewowi dorywcze zarobkowe zajęcia, wreszcie zapewniając mu stałe miejsce meteorologa w stacji meteorologicznej Sekcji Przyrodniczej Towarzystwa Tatrzańskiego, której sam był przewodniczącym. Wigilew był niewątpliwie człowiekiem wybitnie zdolnym, o bystrej inteligencji, dowcipny i nieco złośliwy w rozmowie; ogromnie towarzyski, umiał zyskiwać sobie sympatię otoczenia, podobał się bardzo zwłaszcza kobietom. Prowadził przez szereg lat stację meteorologiczną, pracował naukowo nad pewnymi zagadnieniami z geologii Tatr, a mianowicie nad neokomem w Tatrach, tj. nad pewnymi strukturami skalnymi z okresu kredowego, zbierając skamieniałości i publikując nawet drobną rozprawkę z tego zakresu w polskim czasopiśmie naukowo-przyrodniczym „Kosmos”. Zainteresowania jego zresztą były wielostronne. Przez jakiś czas zajmowała go etnografia górali, zbierał okazy sztuki ludowej: łyżniki, dzbanki, spinki mosiężne, obrazki malowane na szkle itp. Pięknie i wiele fotografował, zwłaszcza krajobrazy górskie, typowe postacie miejscowej ludności, roślinność Tatr itp.; w ostatnich latach pobytu w Zakopanem zajmował się również numizmatyką. Chorował dość poważnie. Gdy zdrowie jego polepszało się, to robił wtedy wycieczki w góry, nieraz nawet parodniowe, zimą jeździł na nartach, chodził także po wsiach podhalańskich w celach etnograficznych. Gdy stan jego zdrowia w pewnych okresach pogarszał się, wtedy leczył się w domu. Mieszkał w małym domku góralskim przy bocznej dróżce koło ul. Sienkiewicza (później tam było wejście na plac wyścigów i sportu oraz willa „Jawa”). Zajmował spory pokój, połączony korytarzem z kuchnią. Pokój ten wyglądał jak istne muzeum: pełno tam było porozkładanych kamieni, książek, na ścianach porozwieszane obrazki, łyżniki, metalowe spinki góralskie, kaganki, mapy, fotografie, wykresy meteorologiczne, co świadczyło o żywych zainteresowaniach gospodarza.
W tym to pokoiku bywałem bardzo częstym, nierzadko codziennym gościem u Wigilewa, gdyż mieliśmy wiele wspólnych zainteresowań. Po przejściu kuracji płucnej w 1911 roku w sanatorium dra Dłuskiego, kiedy to zapoznałem się i zbliżyłem z doktorem Dłuskim i jego żoną, osiadłem dla ostatecznego wyleczenia się w Zakopanem i tu zajmowałem się także etnografią podhalańską, a przede wszystkim, jako botanik, pracowałem nad florą Tatr i należałem tak jak i Wigilew do Sekcji Przyrodniczej Towarzystwa Tatrzańskiego, w której wraz z zoologiem Alfredem Lityńskim stanowiliśmy główną grupę młodych przyrodników. Prócz nas należało kilku lekarzy z Zakopanego i szereg przygodnych sympatyków. Przewodniczył dr Dłuski. Byliśmy wszyscy młodzi i entuzjastycznie kochaliśmy Tatry, pracę naukową i tak ciekawą etnografię ludu góralskiego, toteż stosunki nasze były zażyłe i serdeczne.
Jak wspomniałem na wstępie, u Wigilewa przypadkowo spotkałem i poznałem Lenina i żonę jego Nadieżdę Konstantynowną Krupską. Spotkałem tam tego wielkiego człowieka trzy razy, zawsze w towarzystwie jego żony. Lenin mieszkał wtedy w Poroninie, stanowiącym jakby przedłużenie Zakopanego, a odległym od Zakopanego o 7 km, i nieraz zachodził do Wigilewa. Przedstawiał się jako towarzysz Uljanow. Wygląd miał skromny, ale nadzwyczaj pociągający. Lat około 45, wzrostu średniego, raczej nawet mniej niż średniego, silnej budowy, o dużej głowie, poważnym wyrazie twarzy, którą zdobiło wysokie, myślące czoło. Ubrany był zwykle w skromny, szary i podniszczony paltot i na pierwszy rzut oka wyglądał jak poważny, typowy emigrant polityczny, wyrzucony przez los z woli srogiego rządu carskiego do obcego środowiska. W towarzystwie był zresztą raczej małomówny, w przeciwieństwie do bardzo miłej, swobodnej i chętnie rozmawiającej pani Krupskiej. Nosił się wtedy trochę inaczej niż za czasów rewolucji, gdyż brodę miał zwyczajem wielkorosyjskim strzyżoną szeroko „w łopatę”, nie tak jak na początku rewolucji zaostrzoną w klin, czy też jak jeszcze później – zupełnie bez brody. Dopiero przy bliższym poznaniu, gdy zabrał głos w jakiejś kwestii, od razu odczuwało się, że ten niepospolity człowiek posiada w sobie jakąś siłę wewnętrzną, jakąś genialną jasność myśli, niespotykaną u zwykłych ludzi i oddziaływającą sugestywnie i zniewalająco na słuchaczy, a która go przeznaczała na wodza narodu.
Wigilew lubił dużo dyskutować. Starał się omawiać z Leninem kwestie społeczne i polityczne, starał się wciągać go w dłuższe dyskusje na tzw. zasadnicze zagadnienia („приншипиальные вопросы”). Lenin jednak wbrew temu, że był, jak wiemy, genialnym politykiem i mówcą publicznym, tu, w nielicznym, domowym gronie, nie lubił, zdaje się, prowadzić długich dysput; przeciwnie, zazwyczaj popijając herbatę, krótko formułował swe poglądy i wytaczał w sposób jasny i zdecydowany argumenty.
Natomiast zawsze czuło się, że Lenin głęboko wierzy w słuszność swych zapatrywań i że jest mocno przekonany, iż entuzjastycznie wyznawane przez niego zasady poprowadzą ludzkość na nowe, lepsze tory i na drogę do szczęśliwszej przyszłości. Wyczuwało się w jego słowach dziwną moc i siłę i od razu rozumiało się, że ten człowiek o żelaznej woli nie zawaha się przed zrealizowaniem swych zasad w życiu i równie konsekwentnie je przeprowadzi, jak konsekwentne i ścisłe były jego dowodzenia. Przyznam się, że zawsze, słuchając Lenina, ulegałem sugestii jego słów.
W czasie tych, nielicznych zresztą, rozmów odniosłem wrażenie, że Wigilew, broniąc jeszcze poglądów socjalnych rewolucjonistów, jakby wahał się co do słuszności swego stanowiska, jakby chciał uzyskać od Lenina takie kontrargumenty, które by jego, Wigilewa, przekonały o słuszności poglądów bolszewickich. Czy je otrzymał? Widocznie tak, skoro w parę lat potem, gdy utworzona została w Warszawie w 1921 roku Komisja Repatriacyjna Polsko-Rosyjska, Wigilew zgłosił się jako posiadający przekonania bolszewickie, wszedł w jej skład, wyjechał do Warszawy i tam przez pewien czas sprawował obowiązki członka tej komisji z ramienia rządu rosyjskiego. Pobyt w Warszawie źle oddziaływał na jego zdrowie, toteż musiał wrócić do Zakopanego celem dalszego leczenia się, choroba jednak rozwinęła się silnie i wkrótce zmarł w Zakopanem, tam też został pochowany. Na jego pogrzebie był delegat Komisji Repatriacyjnej ze strony rządu rosyjskiego, złożył na trumnie wieniec z pasowymi wstęgami i odpowiednim napisem.
O Leninie opowiadano w 1914 roku, że po wybuchu wojny światowej żandarmeria austriacka aresztowała go w Poroninie jako rosyjskiego poddanego. Wtedy miał interweniować polski poeta Jan Kasprowicz i ręcząc osobiście za Lenina – uwolnił go z aresztu.
W domu Wigilewa bywało wiele osób. Poza przyrodnikami najczęstszym gościem była pani Wanda Sztegman, prywatna nauczycielka z Zakopanego; bywały dwie siostry, Czeszki, Steinhilber, jedna z nich, młodsza, Ota – zdolna malarka; bywał też często Józef Oppenheim, znany turysta, członek Pogotowia Ratunkowego w Tatrach. Niewątpliwie i oni wszyscy musieli się, spotykać u Wigilewów z Leninem, a pani Aleksiejewska miałaby na pewno znacznie więcej do powiedzenia, niż ja to mogę uczynić. Przed ostatnią wojną wyjechała na Polesie, gdzie, zdaje się, jej córka czy ktoś z krewnych posiadał jakiś mały kawałek ziemi.
Oto wszystko, co mogę powiedzieć o moim zetknięciu się z wielkim geniuszem rosyjskiej rewolucji. Zapewne dla jego życiorysu niewiele lub zgoła nie ma tu nowych danych, ale może i ta skromna charakterystyka otoczenia, w jakim tu w tym czasie Lenin przebywał, przyda się w przyszłości dla tych, którzy szczegółowo będą opracowywali jego życie i czyny.


TAKT, RZECZOWOŚĆ I NIEPOSZLAKOWANA UCZCIWOŚĆ


Opowieść Henryka Steina-Kamieńskiego, pseudonim Krakus. Działacz rewolucyjny, syn średnio zamożnego kupca, student filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim, wielokrotnie aresztowany i więziony, szukał azylu w Niemczech, Francji, Austrii i Szwajcarii. Redaktor „Gazety Robotniczej”, „Naszej Trybuny”, „Kultury Mas” i „Trybuny Radzieckiej”. W 1937 padł ofiarą bezpodstawnych oskarżeń.

***

Dodatkowe informacje

Co robił Lenin w naszym kraju? Jakie było ustosunkowanie Lenina względem Polaków i Polaków względem Lenina? Na te pytania odpowiedzi dostarczają nam opowieści znalezione w kompilacji "Polacy o Leninie".